Henryk Foundation

Projekty / Kochanie, zrobiliśmy Czarnobyl

Kochanie, zrobiliśmy Czarnobyl

08.10 – 27.11.2019

Grodzka 43, Krakow

Artystki i artyści: Krzysztof Gil, Jakub Gliński, Martyna Kielesińska, Marta Krześlak, Bartosz i Tomasz Zaskórscy

Koncepcja merytoryczna: Mateusz Piegza

Kuratorzy: Ania Batko i Aleksander Celusta

Identyfikacja graficzna: Renata Motyka

Tłumaczenie: Dorota Wąsik

Dokumentacja fotograficzna: Paweł Wyląg

Partner: Unsound

Grodzka 43. Kamienica w centrum miasta. Kiedyś dom Adama Męcińskiego i pałac Szaniawskich. W czasach PRL-u były tu mieszkania. Potem działał tu klub o nęcącej nazwie Dolce Vita, by chwilę później zniknąć, albo inaczej, przeobrazić się w jeszcze jedną wydmuszkę raczkującego kapitalizmu. Ostatnio swoją siedzibę miał tu salon Bingo, zdobiony lustrami, które wisiały na ścianach w kolorze pistacji, z czerwoną wykładziną i barem w kolorze ciemnej wiśni. Tajemnicą poliszynela jest, co działo się tu poza tracącą myszką grą w bingo.

Gdyby naruszyć tę pastelozę i kolejne nakładające się na siebie jak palimpsest warstwy farby, może można by było dodrapać się do XIX wiecznej polichromii. Może można by było dotknąć tej, ale też tej przyszłej ruiny, dać się zauroczyć lepkiej nostalgii i tym rozczulającym, porozrzucanym to tu to tam, resztkom. Ta wystawa to zresztą bardziej niż instalacja, scenografia. Do nigdy nie zrealizowanego filmu, albo nienapisanej sztuki. Ale też jakiś rodzaj udramatyzowanego krajobrazu, okraszonego teatralnym, trochę kiczowatym sztafażem. Taki pejzaż oglądanego po latach Czarnobyla z wesołym miasteczkiem, stertą masek i tłumem plastikowych laleczek, którego nie ma. I nie było. A on wciąż jest piękny. Szliśmy obok szklarni, a tam pomidory takie czerwone. Jeść się chce, a dusza boli. Mówiła jedna z mieszkanek strefy. Podobno po grecku nostalgia znaczy tyle, co ból ze starej rany. Jest ropiejącym wrzodem rozciągniętym między dwoma nieskończonościami, pisze Michel Houellebecq. I jest błogosławieństwem, podróżą w czasie, magdalenką i kawałkiem żółtej ściany, twierdzi Marcel Proust. Dotknięci tą zarazą nie zawsze wiedzą za czym tęsknią. Ale tęsknią. Rzadko przeczuwają, częściej przewidują. Wróżą z rozwarstwiającej się pokrywy bardzo słodkiego lukru, albo jeszcze lepiej monstrualnych zacieków nienaturalnie czerwonego keczupu. Śmieją się, ale ciągle przez łzy.

Ruina to przede wszystkim proces, zlepek przeżutej i przemielonej, przeszłości i przyszłości. Efekt kręcącej się w kółko i bez końca karuzeli. Jest taki eksperyment Roberta Smithsona, w którym dziecko biega w kółko po piaskownicy z białym i czarnym piaskiem, dopóki wszystko się nie wymiesza. Tylko po to by w kolejnej scenie z żalem odkryć, że jeśli zacznie biegać w przeciwnym kierunku, to piasek nie tylko nie wróci do stanu sprzed, ale jeszcze bardziej poszarzeje.

W końcu świata jest coś bardzo kuszącego, czuć w nim ciężar ostateczności, ale też lekkość nagle odzyskanej wolności. Zupełnie tak jakby były to nieplanowane wagary. Bohaterowie „Budowniczego ruin”, kultowej powieści Herberta Rosendorfera z końca lat 60’, zamykają się w nigdy nieukończonym schronie w kształcie zwróconego do dołu cygara, gdzie karmią się makabrycznymi i pełnymi czarnego humoru dykteryjkami, rozłażącą się i rozjeżdżającą się na boki narracją, wybiórczą, pełną dziur. Taką, która nigdy się nie kończy, tylko bez końca przedłuża naszą agonię. Podczas gdy na zewnątrz być może trwa właśnie zagłada. Wydarza się krwawa apokalipsa. Epilog wciąż się rozwarstwia. I znowu, powieść pod tytułem „Świat” być może się skończyła, ale sama opowieść wciąż się opowiada. I nie chce przestać. A przecież gdzieś już jakby to słyszeliśmy.

Kamienica na Grodzkiej 43 kilka miesięcy temu została sprzedana. Wkrótce poddana zostanie gruntownej rewitalizacji. Powstanie tu hotel albo restauracja. Na jakiś czas ruina odejdzie w zapomnienie. Będzie ją można już tylko wspominać. Co nie znaczy, że nie wróci.

Projekt współfinansowany ze środków finansowych Gminy Miejskiej Kraków www.krakow.pl